Historia Olka

Mam na imię Olek i jestem alkoholikiem...


Oto troche z mojego życia wziętego, a z alkoholem związanego, w chwili obecnej od niego wolnego (mam nadzieję).
Urodzilem się w Kijowie, w rodzinie, gdzie pamiętam i cieplo, i bezpieczeństwo, i alkoholizm taty, i ból swiadomosci tego, ze nie jest tak, jak bylo kiedyś... Dzis widzę to podobieństwo - rozwój mojej choroby a jej przebieg u ojca. Niestety, nieznane w roku 1975 w byłym ZSRR pojęcie terapia leczenia uzależnień alkoholowych czy AA nie dały mu szansy, którą ja otrzymałem i nie mam zamiaru zmarnowac.
 
Po raz pierwszy swiadomie wypiłem alkohol już w pierwszym miesiącu nauki w technikum, po otrzymaniu pirwszego stypendium. To była może szklanka wina, może dwie. Nie odczuwałem chęci napicia się, wręcz był strach przed reakcją rodziców, ale chciałem byc w paczce. I byłem w paczce, wspaniali chłopcy, wspólne zainteresowania, Zbyszek Hołdys śpiewał o tym w "Autobiografii". Prywatki, dyskusje przy zastawionym piwem stole, wyjazdy na biwaki - przyszli geolodzy przecież, preferans - wino towarzyszyło zawsze. Juz nie obawiałem sie rodziców - byłem dorosły. To było takie romantyczne, ognisko w niebo nocne iskrami pędzące, gitary nastrojowy dzwięk, głowa wsparta na ciepłych kolanach. Jakie mogą być obawy czyhających zagrożen z takiego picia?
Nastały dłuższe wyjazdy, a to w składzie grupy młodzieżowej na budowę elektrowni w Czarnobylu, a to praktyki.
W piciospisie pojawiła sie wódka - już były na nią pieniądze, takie bardziej "dorosłe" picie... Pierwsze przykre doświadczenia, związane z piciem alkoholu: podczas libacji rozcięte potłuczoną butelką ścięgno koleżanki - na całe życie oszpecona noga, zero pamięci z własnego utonięcia - na następny dzien się dowiedzialem o tym, że zostałem przez kolegę wyciągnięty spod powierzchni nieskażonych wód Iszymu. Taki zorganizowany wyjazd na połów raków, zapasy alkoholu do pozazdroszczenia...
Do wojska szedłem jako ostatni ze wszystkich kumpli, miałem to "szczęscie" wszystkich odprowadzic i wszędzie się uchlac. Dwa lata ograniczonego dostępu do alkoholu mnie czekały. Ale nie przeszkodziło to we "właściwym" powitaniu nowego roku 1977-go. Tak witałem, że nie zdążylem na autobus do jednostki. Decyzja krótka - na pieszo, 45 km, w nocy, -20st.C. Na szczęscie w polu stóg słomy napotkałem - przeczekałem do pierwszych autobusów. Że nie zamarzłem? Według mnie, to SW wykazała się wyrozumiałością i cierpliwością... Po raz kolejny i nie ostatni...
Powrót z wojska, serdeczne spotkania, beztroska życia kawalerskiego z domieszką jakżeż nieodzownego tak naturalnego alkoholu. Praca, niezłe zarobki w geofizyce, wyjazdy, prawdziwy "dobry dorosły męski" alkohol. Tylko wódka, koniak, wytrawne wina. Elita, umiemy sie bawić, nie zrzucamy się po rublu - niedbałym gestem wyciągamy jak minimum czerwone papierki. Po takim plenerowym zorganizowanym "wypoczynku" w jednym z parków przy Dnieprze budzę się w domu w ubraniu całkowicie mokrym. Chciałem ręce opłukać w wodzie - całe szczęscie, że dostrzegł ktoś "nurka"...
Pierwsza nagana w pracy - tak elita zabradziażyła, że obudziłem się w niewielkiej mi nieznanej miejscowości pod Kijowem, w nieznanym zupełnie domu. A rano miał byc wyjazd do pracy w delegacje. Pojechali beze mnie, ja się dostałem pociągiem. Ale już byłem w trakcie załatwiania wyjazdu do Polski - już żonaty, zacznę nowe życie, już będzie zupełnie inaczej w nowym kraju, w innej pracy, przecież potrafię pokazać siebie z dobrej strony, ustatkuję się...
A i owszem, popatrz no na Olka, i pośpiewa, i zatańczy, i kawałami sypie, i za kołnierz nie wylewa. To mnie w ten oto sposób za przykład stawiano...
Stawiano, a jak córcia się urodziła, to tak świętowałem, że wróciła żona z dzieckiem do mieszkania, które nawet czasu nie miałem posprzątać. No ale w tej intencji pojęchałem przecież na spotkanie z Papieżem do Wrocławia, co chcecie od przykładnego ojca? W pracy też potrafiłem się odnaleźć. Sumienny, zdyscyplinowany byłem, język z lotu opanowałem, w pismie w ciągu trzech dni - tyle potrzebowałem na przeczytanie "Dnia Szakała". Nawet zwracano się do mnie o pomoc gramatyczną...
Na przełomie kwietnia - maja 1986 roku nie wrócilem do domu z budowy, tak, próbowałem budowac własny dom. W pracy też nie było mnie przez trzy dni. Na "szczęście" się dowiedziałem o katastrofie w Czarnobylu. To wykorzystalem w celu usprawiedliwienia, tak się, proszę ja was, zamartwiłem o los krewnych w Kijowie, że musiałem wyjechać bez powiadomienia. Nie wiem, czy uwierzyli, ale przeszło. Bez zbytnich oporów wykorzystałem nieszczęscie w rodzinie - śmierć bardzo młodej osoby, pomagałem podczas załatwiania szpitala i innych spraw, dlatego nie mogłem w pracy być. A co robiłem naprawde? Odpowiedź znacie....
To tylko to co pamiętam, nie będę opisywał "niespodziewanych przyjazdów" gości, gdy z rana na telefon załatwiałem wolny.
Najgorsze picie przez ostatnie trzy lata przed terapią. Nie było mowy o zimnej wodzie z rana na kaca. Konieczne było zdobycie wystarczającej ilości wódy i piwa, żeby znów się uchlać do nieprzytomnosci. Na szczęscie moj organizm nie wytrzymywał więcej jak 4-7 dni. Po tym czasię byłem zmuszony na dwa-trzy dni "wypompowanej szmaty", tak siebie i swój stan nazywałem, aż wracałem jakoś do funkcjonowania.
Pamiętam z tego okresu wystraszone spojrzenia córek - w jakim stanie zastały tatusia po powrocie ze szkoły? O jakiej nauce myślały na lekcjach? Te właśnie ich spojrzenia uświadomiły mnie, co to jest BEZSILNOŚĆ. Przecież za nich bym zabił każdego... A nie potrafiłem się powstrzymać od zadawania bólu, krzywdząc własne córki, krzywdząc żonę... Ale to dopiero później. Pierwsza próba szukania pomocy, idziemy razem z żoną do terapeuty przy klubie abstynenta. Krotkie pytania, spojrzenie na wykres rozwoju choroby alkoholowej. Gdzie tam, to nie o mnie. Wychodzę przekonany, że to są porypańcy, przecież można samemu przestać pic, po co te terapie - już miałem koleżankę po terapii, nie piła od kilku miesięcy wówczas, sama też by sobie poradziła- myśle głośno wkurzony tak...
I nie piję. Wraca spokój, podczas odwiedzin rodziny w Kijowie żona nawet potwierdza mamie, że moge wypić kieliszek pod obiad, przecież od paru miesięcy potrafiłem nie dotknąc alkoholu. Na imieninach u szwagierki demonstracyjnie wypijam tylko kieliszek. No i co, a wy z pieprzoną terapią mi tu nadskakiwali.... No i nadchodzi nareszcie moje dno. Wyjeżdżam na poważny kurs do Wrocławia. Pieniądze mam, lecz zapobiegliwie jeszcze kilka czeków trafia do portfela. Cały kurs, dwa tygodnie - pijany, mocniej lub słabiej, ale codziennie. Pamiętam tylko kilka wykładów. Opuszczam egzamin - nic nie potrafię odczytać z kartki.
Wracam do domu całkowicie upity, zaliczyłem wszystkie knajpy po drodze. Piję następny dzień, żona oznajmia, że żyjemy obok, nic ją nie obchodzi moje dalsze chlanie, mogę pić a nawet się zapić. O dziwo, taka zgoda na picie wcale mnie nie cieszy. No bo nie przyszla sprawdzić, czy oddycham jeszcze na kacu. W pijalni obok właściciel nie chce nalac mi piwa pod zastaw paszportu (dzieki Ci Mariuszu za to). Idę tam, gdzie nigdy nie odmawiano mi - do mojej niepijącej koleżanki. Zawsze dostawalem pieniądze na picie: masz wujaszku - z takim dziwnym usmiechem. Kiedy ty wreszcie dojrzejesz - tak chyba myślała... Nawet nie wpuszcza do domu. "Albo zrób coś ze sobą, albo się powieś" - to usłyszałem z takim zimnym czarnym błyskiem w oczach...
Jak pies zbity wracam do domu, gdzie jeszcze mogę iść, tylko w domu liczę na ciepło i zrozumienie. Ciepło rozproszyłem, zrozumienie zdeptałem - została litość... Dogorywając słyszę z sąsiędniego pokoju głos żony i M-ki, tej mojej kochanej koleżanki. Czy była rozmowa o terapii - pytam, jak poszła. Blysk jakiejś wiary w oczach żony. Tak...
Dalej, to jak kalejdoskop. Telefony, bądź jutro, trzeźwy, rzeczy spakuj. "BEDE ALKOHOLIKIEM..." - to słyszę w środku. I siedzi wystraszona, ledwo dysząca ze strachu i wstydu "elita", siedzi i czeka na korytażu oddziału B-5... Zostałem przyjęty na detoks. Na terapii też zostalem. Pić ja naprawdę już nie chciałem. Gorzej było z uświadomieniem, czy to jest możliwe...
Wyrzygałem na terapii wszystko, do czego byłem gotowy. Przejrzałem to dokładnie i połknąłem z powrotem. Zeszyt A-4, 96 kartek tego się nazbierało. Czy wszystko? Napewno nie...
Dalej go "uzupełniam". Po 25 latach picia 5 lat trzezwienia, to za mało na całkowite oczyszczenie. Czy życia starczy? Tez nie jestem tego pewien...
Szczęśliwy jestem z tego, ze ta choroba pomogła mi dotrzeć do siebie. A to daje możliwośc naprawienia relacji ze światem. Staram się korzystać z tej możliwości. Wcale nie jest to takie łatwe, jak zaprzestanie picia. To jest w tym wszystkim najprostsze, moim zdaniem, ale to jest jak fundament w budującym się domu. Bez niego dalej nic nie zbudujesz... Cementem jest swiadomość własnej bezsilności, pamięc o tym, kim jestem - alkoholikiem. A czy nie boli ta świadomość? Boli... Wiem, że jestem "bez nogi", ale ściska serce czasami, jak oglądam "mecz piłkarski". Ta "murawa" już nie dla mnie... Dziękuję wam wszystkim za to, że jesteście, jesteście "słupkami" przy tej mojej drodze... Ktoś jest "zielonym" swiatełkiem, ktoś "czerwonym". Ale bez was bym się roztrzaskał w przydrożnym rowie....

Olek, alkoholik.

Polecamy

akcjasos4Serdecznie zapraszamy do pierwszego w Polsce portalu  dla osób uzależnionych i współuzależnionych http://alkoholizm.akcjasos.pl
Zapraszamy do forum dyskusyjnego Forum uzaleznienia - tu możesz otrzymać pomoc.

Uzależnienie od alkoholu , czyli alkoholizm, jest chorobą, która zaczyna się i rozwija podstępnie, bez świadomości zainteresowanej osoby. Polega na nie kontrolowanym piciu napojów alkoholowych i może doprowadzić do przedwczesnej śmierci.

Reklama

Psycholog online

Jeśli przeżyłeś tragedię i nie wiesz, co ze sobą zrobić. Jeśli masz jakikolwiek problem, z którym nie potrafisz sobie poradzić. Jeśli stoisz przed podjęciem ważnej decyzji i chciałbyś lepiej poznać siebie i swoje potrzeby i upewnić się w obranym kierunku Twojego życia, napisz do naszego psychologa on-line

Porady naszego psychologa udzielane są bezpłatnie.

Partner serwisu

Reklama

Reklama