Jak hartowała się krtań

bil1"Stworzył nas Bóg - ukształtowało piwo", powtarzał pewien inwalida na wózku, który wcześniej był pilotem i prekursorem lotniarstwa, sięgając po kolejną flaszkę "Żywca". Do wózka doprowadziło go latanie, piwem leczył się z powypadkowej depresji.
 
 
 
 
Byłem pięcioletnim berbeciem, kiedy pierwszy raz spróbowałem piwa. To było na weselu mojej starszej siostry, latem. Dorośli mężczyźni cisnęli się do beczki jak pszczoły do miodu, potem podnosili ślicznie spienione szklanki i pili zamaszyście, z wyraźną rozkoszą. Ja też chciałem! Wyobraziłem sobie, że ten napój cudowny musi smakować najlepiej na świecie, a dorośli z zazdrości mi go odmawiają! Zacząłem więc rozgłośnie płakać, wrzeszczeć i domagać się tej ambrozji na wszelkie sposoby. W końcu jedna z moich sióstr uległa: nalała szklankę piwa i nawet go jeszcze posłodziła. Kiedy zachłannie pociągnąłem długi łyk... zacząłem pluć jak opętany i rozpłakałem się jeszcze głośniej i żałośniej, wniebogłosy. To było ohydnie gorzkie świństwo, nie do przełknięcia!!!
Płakałem długo i boleśnie, czułem się oszukany do samej głębi mojego pięcioletniego jestestwa! Jak oni mogli pić to świństwo? Jak mogli mieć przy tym tak rozanielone gęby? Toż to totalne oszustwo! Ten nagły a dolegliwy ból szedł za mną przez lata... Czasem podejrzewam, że to on był pierwociną późniejszego uogólnionego bólu istnienia. W nieco późniejszym okresie też zdarzało mi się próbować alkoholu. Szczególnie zaś, kiedy jedna z moich sióstr wracała z Bułgarii z likierem czekoladowym, gęstą cieczą o konsystencji smoły. Dostawałem wtedy małe co-nieco do wylizania. Jednak ani razu nie odczułem wtedy zmiany samopoczucia, więc uważam, że to były incydenty bez znaczenia dla rozwoju mojego uzależnienia, procesu hartowania krtani.

Jedenaście lat później, kiedy w upalny dzień wracałem ze szkoły, byłem bardzo, bardzo spragniony. W jedynym kiosku spożywczym po drodze, postawionym w polu dla poszukiwaczy ropy naftowej, nie było żadnego płynu oprócz piwa! Mój starszy o dwa lata kolega kupił je i sączył z wyraźną przyjemnością, a ja spoglądałem z niedowierzaniem i zastarzałym obrzydzeniem. Bardzo dobrze pamiętałem, że tego pić się absolutnie nie da! No, ale nie było nic innego choć trochę mokrego, a ja usychałem z pragnienia! To może chociaż łyczek tego świństwa przełknę - pomyślałem desperacko. Już wszystko lepsze od nagłego zgonu z pragnienia! I cud: pierwszy łyk przeszedł! To jednak da się przełknąć! Hm, to wcale nie takie złe - poczułem po kolejnym. Po wypiciu butelki piwa byłem cudownie nasycony, calutki świat pojaśniał, a wszystkie jego barwy nabrały ostrości i głębi.

W tym samym okresie, tym razem w początkach śnieżnej zimy, z trzema licealnymi kolegami budowaliśmy karmniki dla bażantów w okolicznych laskach. Po zakończeniu prac z modnego natenczas worka żeglarskiego wydobyli flaszkę wina z czarnego bzu, starczyło po dwie literatki na głowę. I wtedy już po pierwszej szklaneczce znów doświadczyłem tego porażającego wprost poczucia: śnieg zaczął się cudownie iskrzyć, powietrze stało się balsamiczne, słońce jaśniejsze i cieplejsze. Świat bardzo wypiękniał, a ja byłem mądry, odważny i elokwentny! Magiczny napój, prawdziwa żywa woda!

Podczas wakacji po dziewiątej klasie postanowiliśmy z kolegą zarobić własne pieniądze. W pobliskim miasteczku działał drobny przedsiębiorca (ciekawe, bo to było chyba w 1966 roku!) produkujący chałupniczo pustaki i kręgi studzienne. Zgodził się nas przyjąć bez problemów. Naszym zasadniczym zadaniem była produkcja tych kręgów, dodatkowo ładowaliśmy i rozładowywaliśmy cement. Jak przystało na prawdziwego kapitalistę, wypłacał nam tygodniówkę (jużten fakt sprawiał, że była to ekscytująca przygoda, której znaczenia pewnie nikt współcześnie nie jest w stanie pojąć). Po te tygodniówki chodziliśmy do jego prywatnego domu. Przed ich wypłaceniem ceremonialnie, "dorośle" i nobilitująco częstował nas malutkim kieliszeczkiem spirytusu z miodem. Qrcze, to była prawdziwa mordęga! To cholerstwo piekło krtań i podniebienie w sposób wprost haniebny! Łzy ciurkiem ciekły mi z oczu! W dodatku bardzo się tego wstydziłem, bo mój przyjaciel wypijał swój kielonek "fachowo" i od niechcenia, a kapitalista patrzył na mnie z pobłażliwym uśmieszkiem, drań jeden! Alem się uharował, żeby jak najmniej tych mąk moich serdecznych widać było!
Dla spłukania tego nieprzyjemnego uczucia, już z własną kasą w kieszeni, wędrowaliśmy "pod parasole" (czytaj: budkę z piwem). Początkowo było to piwo z sokiem, dopiero później już dorosłe, rasowe piwo w czystej postaci.

Tuż po maturze w moim życiu pojawiło się wino, prawdziwe wino (szkolnych "jabłuszek" nie liczę). Przez blisko rok po nieudanym egzaminie na studia mieszkałem w Zabrzu i pracowałem w Rudzie Śląskiej. Na trasie powrotu znajdowała się malutka probiernia win, zacząłem w niej bywać początkowo sporadycznie, potem już prawie codziennie. Wypijałem samotnie najpierw jedną lampkę, potem dwie lub trzy; później dopiero wracałem do domu mojej siostry. Kiedy mieszkałem z nią, te powroty były w miarę wczesne i całkiem trzeźwe. Siostrzyczka jednak musiała się udać na operację serca do Wrocławia (w tych czasach tylko tam było to możliwe i tylko u prof. Brossa). Zostałem sam i samodzielny. No to mogłem sobie pozwolić na coraz więcej. No to sobie pozwalałem.
Na pierwszym roku studiów, dysponując sporą kasą (siostra mnie utrzymywała, swoje zarobki odkładałem) mogłem już całym sercem i... gardłem oddać się poznawaniu uroków studenckiego życia. Moim ulubionym miejscem szybko stała się piwniczka w "Jaszczurach", gdzie - zwykle samotnie - opróżniałem kolejne szklaneczki rieslinga, ustawiając krzyż z pustych lampek. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać: mimo stypendium państwowego i stypendium rodzinnego już pod koniec pierwszego roku w mojej książeczce PKO pojawiło się zero.
Już na pierwszym roku studiów zdarzyło mi się potężne, dwudniowe pijaństwo, ilość alkoholu wypitego wtedy przeze mnie i dwóch towarzyszy pewnie byłaby w stanie zabić pokaźną stadninę. Ja jednak potrafiłem jeszcze poprowadzić - szarżując koszmarnie - jakąś długą imprezę kulturalną w rodzinnej wsi. A później piłem dalej, aż do totalnego osłabienia organizmu, jednak ani przez chwilę nie czułem się pijany! Inni zresztą widzieli mnie podobnie.
Z rozbawieniem i leciutkim zażenowaniem dziś przypominam sobie, jak bardzo dumny byłem ze swojej "mocnej głowy"! To chyba Baudelaire powiedział, że poeta cieszy się z pierwszego tomiku jak sztubak z pierwszego syfa?

Chyba na drugim roku studiów odkryłem swoją dietę egzaminacyjną. Jej skład: kawa "kapucynek" plus duży winiak. Jeżeli udawało mi się trafić do egzaminatora tuż "po spożyciu", zwykle dieta działała bardzo dobrze i skutecznie, większość egzaminów zaliczałem dość błyskotliwie. Niektóre nawet olśniewająco błyskotliwie.
Najlepiej jednak zapamiętałem egzamin u prof. Marii Przetacznikowej (wtedy zresztą była jeszcze docentem), słynącej z ciętego języka, stażu u Piageta i mało litościwego traktowania studentów. Stąd zwykłe przedegzaminacyjne lęki całego roku przed egzaminem u niej bujały wysoko. Na ten egzamin przygotowałem piersiówkę pieprzówki (akurat kupiłem tanio spory zapas od przepitych niemiłosiernie prawników, skądinąd słynących ze specjalnych uzdolnień do ostrego picia). Buteleczkę ozdobiłem własną etykietą: "Egzaminówka specjalna nr 5". Na egzamin czekało się dość długo, a większość moich koleżanek ze strachu łapała stany przedagonalne. Zabierałem je wtedy na ustronny balkonik i wlewałem łyczek w zmartwiałe gardła. I znów działało cudownie! Młodziutki asystent, który bał się chyba jeszcze bardziej od nas, czyli jego grupy ćwiczeniowej, po tym egzaminie dziękował mi wylewnie w przekonaniu, że to ja uratowałem jego grupę od masakry (co zapewne ochroniło też jego skórę).
Moja metoda reanimacyjna miała pewien skutek uboczny. Otóż na tym balkoniku dla zachęty i towarzystwa za każdym razem pociągałem łyczek. I kiedy zaczęła się wreszcie zbliżać moja kolej, odkryłem, że widzę podwójnie, podłoga kiwa się jak na ostrej fali... Przerażony biegłem do "Cracovii", żeby kawą (to było już po "Rio Bravo"!) nieco doprowadzić się do stanu poczytalności. Do dziś pamiętam ten chwiejny bieg i panikę, że nie zdążę przetrzeźwieć. Niestety zdążyłem, a egzamin zdałem na czwórkę!

Na trzecim roku studiów po raz pierwszy urwał mi się film. Trafiło mi się bardzo przyjemne, długotrwałe piwkowanie z młodym adeptem sztuki iluzji (nomen omen!). Miejscem akcji była klasyczna mordownia, taniutka knajpa, bliziutko akademika "Żaczek", stąd okupowana przez studentów i starych moczymordów. Zapamiętałem jakąś nieprzyjemną rozmowę z policjantem (sorki, milicjantem) na obskurnym zapleczu. Kontakt ze światem odzyskałem w komisariacie. Otyły sierżant coś mętnie klarował o moich przestępstwach i możliwościach "odkupienia" ich, gdybym się zdecydował "kablować" o sytuacji w "Żaczku" (od marca 1968 "Żaczek" był uważany przez "organa" za siedlisko buntu).
Byłem całkowicie zejściowy i pewnie bym w tym stanie ducha nawet podpisał cyrograf, ale chyba milicjant w końcu się zorientował i kazał mnie zawieźć do Izby Wytrzeźwień. Dyżurny lekarz sprawdził, czy potrafię samodzielnie chodzić, potrafiłem, więc kazał mi się wynosić do domu. Wyszedłem w nocny Kraków i zdawało mi się, że jestem sam i przebywam na całkiem obcej planecie, chociaż wcześniej przez rok mieszkałem w pobliżu. Nie poznawałem ulic, wszystkie wydawały mi się ogromne i całkiem obce. Szedłem przed siebie krańcowo znużony, z dojmującym poczuciem (jak to tylko w snach się zdarza) stania w miejscu. Szczegóły tej pełnej udręki wędrówki momentami ulatywały, zacierały się. Wydawało mi się, że trwała ona całą wieczność.
Te zdarzenia na jakiś czas zdecydowanie zwolniły mój pęd ku zagładzie.
Już wtedy, na tym trzecim roku moja ówczesna dziewczyna dyskretnie podrzuciła mi ulotkę na temat choroby alkoholowej, a raczej alkoholizmu, bo wtedy jeszcze pojęcie choroby nie weszło do użytku. Oczywiście potraktowałem tę ulotkę z należną nonszalancją i pogardą. W końcu ja - wychowany na kultowej powieści Jacka Londona "Marten Eden" - tylko hartowałem w sobie twardego faceta, mającego życie w pogardzie, a już szczególnie "babskie lęki". Pamiętając wciąż młodzieńczy obciach, hartowałem krtań i mogłem już wypić kieliszek czystego spirytusu bez mrugnięcia niezałzawionym okiem.

Swoje dno osiągnąłem wiele lat po studiach. Osiągałem go jak wszyscy (prawie wszyscy) moi bracia "mleczni" (choć oczywiście nie po mleku oni). Boleśnie i prawie śmiertelnie serio doświadczyłem na sobie, że te powszechnie znane przymiotniki - pierwotna, chroniczna, postępująca, śmiertelna - jak najdokładniej opisują chorobę alkoholową. Choć opis ten jest zawsze nadto suchy i lapidarny: jak opisać koszmarne noce, utracone na starcie szanse, cierpienie wwiercające się w każdą komórkę ciała? Jak opisać ten wieloletni stan rozpaczliwego, spazmatycznego wychylania nozdrzy nad powierzchnię pochłaniającego bagna? Jak opisać lawinowo narastające straty: szacunku, prestiżu, pracy, rodziny, sensu? Jak opisać utratę zaufania do własnego ciała, umysłu i serca? Może uda mi się to w innym czasie, w innym miejscu. Na dziś jedynie ważne jest, że jednak mnie - szczęściarzowi nieprzytomnemu - udało się przeżyć. Ale to już całkiem inna historia.

Jan alkoholik

 

Polecamy

akcjasos4Serdecznie zapraszamy do pierwszego w Polsce portalu  dla osób uzależnionych i współuzależnionych http://alkoholizm.akcjasos.pl
Zapraszamy do forum dyskusyjnego Forum uzaleznienia - tu możesz otrzymać pomoc.

Uzależnienie od alkoholu , czyli alkoholizm, jest chorobą, która zaczyna się i rozwija podstępnie, bez świadomości zainteresowanej osoby. Polega na nie kontrolowanym piciu napojów alkoholowych i może doprowadzić do przedwczesnej śmierci.

Reklama

Psycholog online

Jeśli przeżyłeś tragedię i nie wiesz, co ze sobą zrobić. Jeśli masz jakikolwiek problem, z którym nie potrafisz sobie poradzić. Jeśli stoisz przed podjęciem ważnej decyzji i chciałbyś lepiej poznać siebie i swoje potrzeby i upewnić się w obranym kierunku Twojego życia, napisz do naszego psychologa on-line

Porady naszego psychologa udzielane są bezpłatnie.

Partner serwisu

Reklama

Reklama